Dodał: |
Aktualizacja: |

Określenie standardów pisania i mówienia o imigrantach i emigrantach wydaje się pożytecznym sposobem zwrócenia uwagi na błędy i zaniedbania dziennikarzy, a także na wykazywany przez nich często brak szacunku dla ludzi. Szczególnie ważne jest uwzględnienia głosu głównych zainteresowanych, czyli imigrantów i uchodźców trafiających do Polski czy Europy.

Brak tego typu głosów wiąże się po części ze sposobem funkcjonowania polskich mediów – ich komercjalizacją, cięciem kosztów, odchodzeniem od takich form jak reportaż czy dogłębna relacja z miejsca wydarzenia. Nie skłania to dziennikarzy do szukania głosów głównych aktorów wydarzeń, a redaktorom i wydawcom wystarczy komentarz polityka albo analityka, który często nie wie, o czym mówi. Innym powodem bywa zwykła głupota dziennikarzy, brak wrażliwości, a także chęci lub umiejętności drążenia tematu.

Celne w Standardach mówienia i pisania o migrantkach i migrantach w mediach są postulaty przedstawiania problemów i zjawisk w szerszym kontekście społecznym, politycznym, historycznym oraz unikania stereotypów, uproszczeń i sensacyjności. Dotyczy to zresztą nie tylko kwestii związanych z imigracją, ale każdego tematu. Problem polega na tym, że obecne media, zwłaszcza elektroniczne, żyją z sensacyjności, młodzi dziennikarze są „formatowani” przez telewizje i radia komercyjne i nikt od nich nie wymaga unikania stereotypów – wręcz przeciwnie, nagradzane i promowane jest to, co zwiększa słuchalność i oglądalność, a łamanie stereotypów nie prowadzi do tego.  

Moje wątpliwości budzą zawarte w Standardach... postulaty dotyczące języka. Generalnie słuszne wydaje się unikanie określania cech danej osoby, jeśli nie niesie to ze sobą żadnej wartości informacyjnej. Pytanie – kiedy niesie, a kiedy nie niesie? Na przykład w kontekście bycia etykiem, psychologiem, prezesem, śmieciarzem, żebrakiem albo sekretarzem stanu USA fakt bycia kobietą lub Azjatą bądź Afrykaninem może być istotny albo kompletnie nie mieć znaczenia. Podobnie wyznanie osoby samo w sobie nie jest istotne; nie mówimy przecież „wierzący” (albo „niewierzący”) murarz, ponieważ dla wykonywania tego zawodu bycie wierzącym lub niewierzącym nie ma znaczenia. Chyba że murarz buduje synagogę, a jest np. radykalnym muzułmaninem. Wtedy określenie wyznania murarza może być potrzebne dla pełnego zrozumienia sytuacji. Nie da się pisać o Tadeuszu Rydzyku, nie wspominając, że jest księdzem katolickim, podobnie jak nie sposób pisać o członkach Państwa Islamskiego, nie wspominając, że są muzułmanami, albo o sprawie Simona Mola bez określenia, jakiej był narodowości i co robił w Polsce.

Moim zdaniem polszczyzna jest na tyle giętka, by poradzić sobie z tego typu dylematami, a większość Polaków na tyle sprawna językowo, aby skutecznie stosować rozróżnienie między określeniami niezbędnymi dla opisu człowieka a takimi, które niezbędne nie są. Oczywiście nie znaczy to, że wszyscy ludzie, zwłaszcza dziennikarze, zachowują językową racjonalność i przyzwoitość.

Jak ich do skłonić do tego, by zachowywali? Nie znam idealnej metody. Zapewne należy to robić poprzez zwracanie uwagi na błędy i brak wrażliwości oraz edukowanie zarówno dziennikarzy, jak i publiczności. Bezcelowe wydają mi się jednak próby kodyfikowania języka i narzucania ludziom, „jak mają mówić”. Język jest żywym instrumentem służącym ludziom do porozumiewania się, a nie zadaniem politycznym. Oczywiście język odzwierciedla różne aspekty życia społeczeństwa, czasem kuriozalne (u Eskimosów jest wiele nazw śniegu, w Ameryce Południowej – rodzajów kartofli, u nas słowa „śnieg” i „kartofel” załatwiają sprawę), w tym wpływy polityczne i społeczne. Tak, język jest niesprawiedliwy, ponieważ jedne słowa i formuły przyjmuje, inne wyklucza, wobec jednych kategorii się odnosi, innych w ogóle nie zauważa, bez względu na to, co sądzi na ten temat wykładnia politycznej poprawności. Język jest polityczny, ale również musi być zrozumiały, atrakcyjny i nie może burzyć poczucia zdrowego rozsądku u jego użytkowników.

W trakcie debaty w Centrum Wielokulturowym padła na przykład propozycja zastąpienia sformułowania „nielegalni imigranci”, uznanego przez autorów Standardów... za krzywdzące wobec ludzi, terminem „nieregularni migranci” bądź „nieudokumentowani migranci”. Rozumiem motywacje stojące za tym postulatem („Nikt nie jest nielegalny”), ale niewątpliwa zaleta sformułowania „nielegalni imigranci” polega na tym, że wszyscy wiedzą, o kogo chodzi, natomiast nikt – poza aktywistami zajmującymi się tą tematyką – nie rozumie, o co chodzi w dwóch „politycznie słusznych” sformułowaniach.

Podobne kontrowersje pojawiają się przy próbach narzucania określeń uznawanych przez niektórych za obraźliwe czy wykluczające. Przykładowo w Standardach... za takie określenie uznawane jest słowo „cudzoziemiec”, podobnie jak „obcokrajowiec”. Jak trzeźwo zauważył Somalijczyk Elmi Abdi, jest on przybyszem z innego kraju, a zatem cudzoziemcem albo obcokrajowcem. Po polsku nie ma innych ogólnie przyjętych określeń przybysza z zagranicy.

Nie jestem też pewny, czy fortunne jest forsowanie użycia słowa „czarny” zamiast „Murzyn” albo „czarnoskóry”. Sprawa nie jest wcale prosta. Jeśli zamiast słowa „Murzyn” przyjąć – jak sugerują autorzy Standardów... – określenie „czarny”, otwiera się cała masa negatywnych skojarzeń: czarny charakter, czarna środa, czarna dziura itd. Jeśli ktoś w Polsce chce obrazić księdza, to mówi na niego „czarny”. W takim towarzystwie słowo „Murzyn” wcale nie wypada najgorzej. Z kolei jeśli nazywać wszystkich czarnych Afrykanami, to dojdziemy do absurdu, bo przecież istnieją również biali Afrykanie oraz afrykańscy Arabowie, a w Europie mieszkają czarni Europejczycy – czy oni również mają być Afrykanami?

Język jest kształtowany przez historię i politykę, w Polsce zachowania językowe wobec obcych nie dotyczyły Afrykanów (bo ich tu nigdy nie było), tylko Żydów, Ukraińców, Niemców, Cyganów i innych mniejszości. Większość Polaków uznaje zapewne słowo „Murzyn” za neutralne emocjonalnie i nie bardzo rozumiałoby potrzebę wyrzucenia tego określenia ze słownika.

Każda kultura wykształca określenia dla ludzi obcych – zwykle o pejoratywnym zabarwieniu, które wynika z własnego poczucia odrębności, niekiedy wyższości („goj” u Żydów albo „gadźe” u Cyganów), czasem fascynacji czy dystansu („obroni”, „mzungu”, „toubab” – afrykańskie określenia białych). Francuski jest pełen negatywnych skojarzeń z Anglikami i odwrotnie (prezerwatywa po francusku to „capote anglaise”, po angielsku – „French letter”).  

Ciekawym przypadkiem jest też nasz językowy stosunek do Cyganów, zwanych w ramach politycznej poprawności Romami. Jacek Milewski, współzałożyciel i były dyrektor szkoły dla Cyganów w Suwałkach, autor znakomitych książek na temat polskich Cyganów twierdzi, że jeszcze 20 lat temu żaden Cygan w Polsce nie znał słowa Rom. Zwykli Cyganie, również ci wykształceni, mówią o sobie „Cyganie”, a nie „Romowie”. Dla nich to jest naturalne określenie. Romami zaś lubią nazywać się działacze organizacji społecznych.

Czy zatem wszelkie próby inżynierii językowej są skazane na klęskę? W zasadzie tak. Język nie jest tworem urzędowym, tylko służy porozumiewaniu się. Każda nowa dziedzina życia, każda większa grupa społeczna, każda dekada – tworzą własny język, którego mniejsze lub większe odpryski trafiają do głównego nurtu polszczyzny. Nikt nie wymyślał słów takich jak „wyczesany”, „zbanować” albo „lans”. Nikt nie uczył na warsztatach dla młodzieży prawidłowego użycia zwrotów „czaić bazę” lub np. „wyjechać z dyńki”. Na stadionach nie odbywają się kursy wieczorowe języka dla kibiców. Nikt nie konstruuje języka komputerowego przy pomocy teorii matematycznej ani gwary podczas pogadanek etnologicznych. Nawet język SMS-ów, łamiący reguły polskiej ortografii (bo niektórym nie chce się szukać polskich czcionek) i składni (bo za mało miejsca, by konstruować poprawne zdania), jest owocem ludzkiej wyobraźni i potrzeby, a nie dekretu politycznego. Język powstaje sam – wystarczą ludzie, którzy go używają. Polszczyzny poprawnej politycznie nie będzie używał nikt poza aktywistami politycznymi i to jest jej problem.

Warto natomiast edukować, zwracać uwagę i zachęcać ludzi do mówienia językiem, który nie sprawia twoim rozmówcom przykrości. Jak to ocenić? Zwykle szybko orientujemy się, że ktoś czuje się obrażony np. określeniem „Murzyn”. W takiej sytuacji dobre wychowanie i przyzwoitość nakazuje, by tego określenia nie używać. Po co komuś sprawiać przykrość, skoro jej niesprawianie tak niewiele kosztuje?

 

Dariusz Rosiak

Polskie Radio

 

---------------------------------------------------

Projekt LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa.

Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze.

Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

 

Skomentuj

Film Zobacz-Zrozum-Zareaguj (3Z)
ROMOWIE rumuńscy
Filmik z IV Forum ds. Lokalnych Polityk Migracyjnych we Wrocławiu

Aktualności
Archiwum

Projekt ‘MIEJSKI SYSTEM INFORMACYJNY I AKTYWIZACYJNY DLA MIGRANTÓW’ jest współfinansowany z Programu Krajowego Funduszu Azylu, Migracji i Integracji oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW realizowany był w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG.

Projekt LOKALNE POLITYKI MIGRACYJNE - MIĘDZYNARODOWA WYMIANA DOŚWIADCZEŃ W ZARZĄDZANIU MIGRACJAMI W MIASTACH był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt ‘WARSZAWSKIE CENTRUM WIELOKULTUROWE’ był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW Projekt realizowany był przy wsparciu Szwajcarii w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej.